Tyle słyszałam opowieści jakie to cudowne moto. Jednakże nie wiem czy to za sprawą ustawicznego pecha, czy fałszywości ludzkiej - kupiłam trupa. Dosłownie, ledwo dojechałam nią do domu, a właściwie nawet nie, bo zatarła mi się 2 km od domu. Próba uratowania jej w garażu wypadła niezmiernie blado. Szlif cylindra, nowy tłok i nie pali. Więc przyszedł czas na mechaników. Znowu przyszedł czas na ciąg dalszy mego pecha. Po usilnej i długiej walce mechaników z moim moto, (ponoć było w żałosnym wręcz stanie, silnik nawet był źle poskładany) został mi w końcu oddany.. Ta.. po 5 przejechanych km stanął i nie dało się go już odpalić, pchałam do domu kolejne 5 km. Cudowne przeżycie, bardzo nas do siebie zbliżyło ^^ Przyjechali mechanicy, wzięli okazało się, że gaźnik i moduł do wymiany. Ok, spoko, znów oddali.. problemy z elektryką brak kierunków, w końcu świateł, problemy z odpalaniem. No cóż bez tego raczej nie pojeżdżę w trasy. Więc znowu trzeba było oddać, tym razem do innego. Wczoraj odebrałam , dziś jadę na dłuższą przejażdżkę i co? Wysiadły kierunki, w końcu zostałam bez świateł, problem z mocą. I o godzinie 23 wracałam do domu bez świateł. Niezmiernie cudowne doświadczenie, nie polecam nikomu. Nadmienię jeszcze, że dokonałam tego FELERNEGO zakupu w lipcu. Czyli przez 4 miesiące nasi wspaniali mechanicy nie potrafią doprowadzić do porządku malutkiego 2T. A może tkwi w niej coś , co nie pozwala mi cieszyć się z jazdy moim pierwszym moto ? Brak słów, fatalnie zaczęłam i powoli mam ochotę kończyć tą nierówną walkę. Jazda na moto stała się dzięki niej ustawiczną walką i strachem przejechania choć kawałka. Jaki tym razem Husky będzie miał kaprys?